Feryjna lekcja życia.

Nie zawsze warto pozwalać opadać emocjom. Trwanie w danej chwili, w kolorze odczuć i uczuć sprawia, że czujemy się wyjątkowo. Taki stan dopadł dziś mnie. Jest zima. Nic dziwnego, zważywszy, że trwa zima. Ciągnie chłodem od stóp. Marznie nos. Zaczynają się ferie i … nie śpimy dłużej, i tak idziemy do szkoły, jedziemy gimbusem. Jak to możliwe? A tak to, że dziś (Dzień Dziadka) odbyła się nasza pierwsza wizyta w Domu Pomocy Społecznej w Kętrzynie i czuję w kościach, że to dopiero początek.
Wszyscy stawili się o czasie i w miejscu umówionym z atrybutami wyjazdu do starszych ludzi: rekwizyty, gitara i miękkie ciasteczka.
Gosia, Zuzia, Wera, Oliwia, Kalina, Marika, Hania, Mikołaj, Michał to materiał  o gołębim sercu w VII klasie. I to już wzbudzać może niedowierzanie. W czasie wolnym, w natłoku różnych zajęć wyuczyli się niewielkich ról, zgromadzili stroje i rekwizyty, a nade wszystko przezwyciężyli swoje obawy dotyczące starości, chorób i odchodzenia.
Czuję, że staję się bardziej towarzyszem podróży niż jego organizatorem czy pilotem. Gniewa to mnie czy cieszy? Oczywiście nuta zadumy pojawia się, gdy myślę, że mogą sobie poradzić beze mnie, ale niezaprzeczalnie rozpiera mnie duma, gdy zerkam na nich z boku  i pozostawiam sprawy swojemu biegowi. Zadają pytania, uśmiechają się, komunikują, planują- wiedzą, że i tak się zgodzę. Mam im tylko przecierać szlaki, resztę profesjonalnie ogarniają sami. No może trochę trzeba im uśmiechu posłać, by nie deprymowała ich rzeczywistość, której do tej pory nie poznali. Lubię słuchać ich przekomarzań w autobusie, ich dziecięcych reakcji w garderobie,  lubię iść za nimi, a nie przed.

(ave)

Aneta: Klienci DPS-u wymagający, ale udało nam się wejść w interakcję  i pośpiewać, porozmawiać, pocieszyć oko i podniebienie. Chciałabym zapytać moich wychowanków za jakieś dwadzieścia lat, co zyskali dzięki tej wizycie.  Oprócz występu swoista lekcja życia. Tego nie uczymy w szkole.
Michał: Było pięknie, gdyż mogliśmy uszczęśliwić tych ludzi. Wysłuchaliśmy ich starych piosenek, które zapamiętali, co było niezwykłe. Odczułem wielką satysfakcję, że mogliśmy im zakolędować i obdarować ich małymi podarunkami. Nieziemsko było chodzić po pokojach i odwiedzać tych starszych ludzi w pomieszczeniach, a  szczególnie panią Emmę, której pasją były pluszowe misie.
Gosia: Uważam, że wyjazd wiele mi uświadomił, na pewno nie żałuję, że tam pojechałam. Wiele radości sprawił mi fakt, że wywołaliśmy uśmiech na twarzach tych cudownych ludzi. Mam nadzieję, że nie był to nasz ostatni wyjazd, ponieważ chciałabym taką radość sprawić większej liczbie ludzi. Aby mogli poczuć, że ktoś o nich myśli i pamięta. <3
Hania: Czasem zwykły uśmiech, komplement może zdziałać wiele. Uszczęśliwienie mieszkańców DPS-u nie było łatwe- nie dawali tego po sobie poznać. Zrozumienie drugiego człowieka, często z przejściami, jest bardzo trudne. Dobrze dobrane przez nas słowa potrafią zranić drugą osobę. Ciekawe, że było kilka osób, które znały piosenki, o których nie miałam pojęcia. Ci ludzie pamiętają, co działo się 50 lat temu, ale słabo kojarzą fakty z wczoraj. Są optymistycznie (na ich siły) nastawieni do dzieci. Większość lubi odwiedziny młodszego pokolenia, chętnie zapraszają, lubią rozmawiać o zdrowiu lub swoich talentach. Trochę  są jak dzieci, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Mam nadzieję, że będzie więcej takich akcji, które uszczęśliwiają nie tylko ich, lecz  dowartościowują również nas.
Mikołaj: DPS… Miejsce, w którym ponad 70% mieszkańców leży i prawdopodobnie patrzy w sufit całymi dniami. Czasami przyjedzie taka 7 klasa, ktoś taki jak my, jedno z nas będzie diabłem, inne pluszakiem, a kolejne śmiercią.
Śmierć w takim jak i każdym innym miejscu nie jest mile widziana – no chyba, że przychodzi pokolędować, to już zupełnie inna sprawa – przyjmowanie jej roli przed tłumem starszych ludzi nie jest najmilsze. Byłem sobowtórem mocy, która zapewne często zagląda w miejsca takie jak te, czasami cichcem, czasami z cichuteńkim westchnieniem, bo obok nie stoi nikt z rodziny. Nie lubię takich miejsc, nie wiem, czemu, ale przyciągają do mnie myśli filozoficzne, które – łagodnie mówiąc – nie są zbyt wesołe. Wielu mówi, że chce umrzeć młodo, aby nikt nie musiał się nimi zajmować, ale często coś nie wypala – a to ręce się trzęsą, a to nie ma żadnej dobrej trucizny. Lęk przed zniedołężnieniem jest często potężny, a taki np. DPS potrafi go jeszcze wzmóc. I choć prawda: ludzi pocieszyliśmy, ciastka rozdaliśmy, wysłuchaliśmy ich, to wciąż mogą odejść za parę miesięcy, dni. Nie mamy żadnego wpływu na to, ile ci ludzie jeszcze wytrzymają, możemy jedynie nieco osłodzić im końcówkę życia śpiewając, gadając, ( niestety również) tańcząc. Nie mamy żadnej gwarancji, czy jutro o nas nie zapomną, w trakcie rehabilitacji, rozmowy z kimś innym. Taki wyjazd poprawi im humor na parę dni, ale kiedy następnego dnia ktoś odejdzie, cała magia zanika. Nie potrafię pisać o tego typu rzeczach, nie pozostawiają po sobie nic złego i niewiele dobrego.

 galeria